RSS
sobota, 18 marca 2006
WSTĘP
Do pisania zatem wracam po latach (paru zaledwie). Swego czasu nawet mnie myśl szalona naszła, że z pisania mógłbym sobie żyć. Żyję, ale nie z pisania... Jakiś czas temu pisaniem wypełniona była każda wolna chwila moja: w pociągu, na zajęciach, wędrówce, w upale, w Polsce, Francji, Włoszech, Beninie, nocą i za dnia, w ciszy i szumie (samochodów, ludzi, drzew, strumyka), i w pracy. 

     A pisałem o wszystkim - o lasach (tych na horyzoncie), o górach (tych do przemierzenia), o krajach (do których tęskno było), o ludziach (których wszędzie tłum, a wśród nich ja)... O miłości trochę też...

     Gdziem się nie wybrał - brakowało mi przyjaciół, których właśnie pozostawiłem, a nowych jeszcze nie spotkałem; jak ich spotkałem - zostawiałem znów, bo takie było moje życie.

    O Afryce miało być - gdzie zatem ona? Otóż tam, gdzie zazwyczaj - nieco bardziej na południe od nas. A i tu jej sporo będzie - wszystko wokół niej, od 15 lat z grubsza.

11:22, jwojciechowski
Link Komentarze (1) »
NA MAPIE

Wystarczy okiem zerknąć na mapę i widać - Afryka to sporawy kawałek ziemi (i Ziemi). Należy zatem pamiętać, że pisząc Afryka mam na myśli ten malutki kraj, co zowie się BENIN. Tak, ten tuż obok Nigerii (obok Togo, Burkina Faso i Nigru dla bardziej wtajemniczonych). Trochę geografii na początek, lecz Afryka to nie tylko miejsce. I nie o punkcie na mapie będzie. O Afryce we mnie raczej. O człowieku też trochę. I o mnie nieco. Bo jakże beze mnie świat...

     Przez wszystkie lata dojrzewania Afryki we mnie (czyli plus minus 7 lat od momentu powstania pomysłu do postawienia stopy na tamtejszej ziemi) była ona jedynie wyobrażeniem mniej lub bardziej mającym oparcie w rzeczywistości. Prasa, telewizja, literatura, zdjęcia, a szczególnie opowiadania tych, którzy już tam byli - to wszystko stopniowo i metodycznie wprowadzało mnie do tamtejszego życia. Jednak jedną rzecz - jak sie okazało najważniejszą - zapamiętałem i osadziłem głęboko w sobie:

"Pamiętaj, Jacku, jadąc tam zapomnij, że cokolwiek wiesz, cokolwiek umiesz. Nastaw się na nieustanne poznawanie nowego - życia, zwyczajów, reakcji twego organizmu na tamtejsze warunki.

Jedź tam jako niemowlę dopiero zaczynające poznawać otaczający świat. Żyj, jakbyś dopiero się narodził i nie umiał jeszcze mówić, samodzielnie jeść. 

Zobaczysz, że w ten sposób doświadczysz niesamowitego. Zobaczysz, że ludzie - dla których będziesz najpierw obcy - przyjmą cię jak swojego. Bo któż odrzuca niemowlę...?"

     Zapewne niedokładnie cytuję słowa - rozmawialiśmy po francusku i trochę czasu upłynęło już (nawet nie wiem, czy osoba je wypowiadająca żyje jeszcze - wszak tyle z nich odeszło ostatnio...) - lecz sens taki właśnie był. I z takim nastawieniem - zbawiennym dla mnie, dla mojego psychicznego zdrowia głównie (wybierając sie w Nieznane - Nieznanego sie spodziewałem) - przeżyłem jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia.

    Wracając do geografii - Słońce na północnej stronie nieba, Krzyż Południa i inne nieznane gwiazdozbiory, Księżyc jak łódka, oddech Sahary, dżungla wiecznie zielona i na moment nawet niemilknąca, ocean w zasięgu ręki, zmierzchy i świtania trwające kilka, kilkanaście minut ledwie - to wszystko i więcej jeszcze było. W wieku może 10 lat odwiedziłem wraz ze szkołą planetarium w Chorzowie, podczas seansu pokazywano nam różne oblicza nieba widzianego z Ziemi. Kilkanaście lat później na własne oczy jedno z tych wielu twarzy nieba dane mi było zobaczyć, ba, oglądać nieustannie przez dłuższy czas nawet!

    I niech nie zapomnę, że Afryką dla mnie jest ledwie maleńki kawałek tego kontynentu, że Afryką dla mnie jest jedynie/aż BENIN, że kraj ten jest moją Afryką we mnie.

11:21, jwojciechowski
Link Dodaj komentarz »
Z LOTU PTAKA
Nadszedł w końcu dzień odlotu do Afryki. Po kilku latach marzeń, przygotowań przekroczyłem próg samolotu z sześciokilowym bagażem (papier listowy, kilka książek, trochę zdjęć, dwie koszulki, koszula, sandały) na ramieniu. Przed wyjazdem nie miałem problemów ze spakowaniem się - jechałem co prawda na całe dziewięć miesięcy, lecz było tyle rzeczy zupełnie niepotrzebnych, a które mogłem ze sobą zabrać, że nie zawracałem sobie nimi głowy.

     To miała być pierwsza moja podróż samolotem - i mimo iż później ich kilka jeszcze odbyłem, ta właśnie pozostawiła po sobie niezapomniane wrażenia (bo pierwsza - po prostu). We śnie często latałem - odbijałem się od ziemi i wznosiłem się w przestworza(rzadko kiedy powyżej drzew), wolny, lekki, ja. Gdy tylko na jawie coś się nie udawało, po zaśnięciu uwalniałem się od trosk i zmartwień i hen! wysoko, ponad to wszystko!!! Ramionami ruch i pod niebiosa! A w dole świat, po którym za dnia ja...

     Gdy zasnąć nie mogłem (lub nie chciałem - uwielbiałem noc) - ulatywałem piórem (długopisem raczej) na kartkach papieru, wolny, lekki, ja.

   Sam moment startu samolotem róznił się nieco od tych, które znałem ze snu: ogromna i ciężka przecież maszyna mozolnie kołowała na pas startowy, moment bezruchu i... przyspieszenie, jakiego samolot nabrał w ułamku sekundy, wbiło mnie w fotel, głowa odleciała do tyłu i tak pozostała (może i byłbym  w stanie zmienić tę niewygodną przecież pozycję, lecz rozdziawienie i wytrzeszcz absorbowały całkowicie zakamarki mózgu odpowiedzialne za moje ruchy i odruchy), jeszcze jedna chwila i oderwaliśmy się od ziemi, wznosząc się cały czas zatoczyliśmy koło nad Paryżem, by wreszcie stracić z oczu wszystko i zanurzyć się w chmurach. Po chwili - widok, jaki ujrzałem po wyjściu ponad chmury, rozdziawienie moje z momentu startu nieco powiększył. Widoku tego nie jestem w stanie zapomnieć (zapewne tak, jak wspólpasażerowie widoku mego rozdziawienia...):  morze z chmur i oślepiający blask słońca.

    Po jakimś czasie chmur już nie było - pod nami jedynie najprzeróżniejsze odcienie żółci - to Sahara (kilka miesięcy później przyszło mi jeszcze raz doświadczyć tej pustyni, dokuczyła mi nieco harmatanem swoim). I tak przez kilka godzin - żółta ziemia i niebieskie niebo.

     W pewnym momencie pojawiły się obłoki - najpierw malutkie, tu i ówdzie, później większe i większe (wyrastały znikąd na kilkadziesiąt, kilkaset metrów może - posągi, pagórki), więcej i więcej... To już tropik (mapa na ekranie wskazywała, że pomału zbliżaliśmy się do międzylądowania w Lagos). Zanurkowaliśmy w chmury, samolot obniżał lot - za chwilę miałem po raz pierwszy dotknąć afrykańskiej ziemi (co prawda kołami samolotu jedynie). Podchodząc do lądowania samolot zatoczył koło nad miastem (pierwsze, co mnie uderzyło, to wielość i skala barw). Las palm (Las Palmas?) i wylądowaliśmy.

     Marzenia pomału się spełniają - samolot, Afryka, ocean, tropik. Zza szyb samolotu zaledwie a już cieszy. Ponowny start, po lewo ocean (błękit nieba i lazur wód zlane w jedną całość) (kurde, skąd u mnie takie slownictwo?!), po prawo Czarny Ląd (mimo iż ziemia nie czarna a czerwona, lecz nie o kolor ziemi tu raczej chodzi...). Kilkadziesiąt minut i dobiłem do celu podróży - do Cotonou, miasta, w którym przyszło mi spędzić kolejnych dziewięć miesięcy (choć w planach były lata, lecz nie ja plany pisałem).

11:21, jwojciechowski
Link Dodaj komentarz »
JESZCZE Z ZEWNĄTRZ
Drzwi samolotu w końcu się otworzyły. Otrzymałem dziwny cios w twarz i następnie w całe ciało, cios zadany przez tamtejszy klimat - niesamowicie wilgotne i gorące powietrze , niczym z łaźni jakowejś, opatuliło mnie całego sobą (było to tak, jakbym otrzymał mokrą i gorącą szmatą w twarz) i już nie wypuściło. Zacząłem parować.

     Nieustanne me przeprowadzki sprawiały, że przyjaciele i najbliżsi - starzy lub ledwie nabyci - zostawali, gdy ja ruszałem w drogę. Po czterech latach pobytu we Wrocławiu wydawało mi się, że bez tego miasta i jego ludzi nie dam rady żyć. Dałem. Że bez Lyonu też rady nie dam. Dałem. Że Afryce nie podołam samotnie. Podołałem. (Razem ze mną do Beninu wyjechał co prawda mój dobry kolega, tyle że to "RAZEM" wyglądało tak, że ja byłem na samym południu, on na samej północy, byliśmy jedynymi Polakami w kraju i dzieliło nas 700 km; spotkaliśmy się w ciągu tych dziewięciu miesięcy może ze cztery razy).

     Tak pomału, etapami dorastała we mnie dusza obieżyświata. Rok, dwa lata w jednym miejscu i zaczynałem się kręcić niecierpliwie, wiercić, coś mnie pchało do co rusz to innych miejsc i nawet gdy wydawało mi się, że już osiadłem na stałe, nic tylko korzenie zapuścić, ni stąd ni zowąd nadarzała się okazja wyjazdu i... wyjeżdżałem, zostawiając znajomych z ich zdziwieniem. Nie mogąc zaś - z takich czy innych przyczyn, przez dłuższy czy krótszy okres czasu - fizycznie czmychnąć, mknąłem duchem, piórem wiecznym (czy doczesnym długopisem), zwiewną kartką papieru w tęsknotę za Nieznanym. Nieustannie mnie do niego ciągnęło i... ciągnie nadal, co tu dużo kryć. (Jak wygram w totka, kupię sobie miesięczny na samolot..). Całe szczęście, że najbliższa mi osoba (my razem od paru już lat) pojedzie wszędzie tam, gdzie ja. We dwoje raźniej.

     Droga z lotniska i kolory, kolory, kolory. Ludzie, domy, samochody, przyroda. Wszystko wokół ciekawe, lecz obce mi, nieznane. I minie dobrych kilka tygodni, zanim poczuję się trochę bardziej u siebie. Ile dokładnie? - miesiąc czy dwa, lecz nie czas w tym się liczył. Raczej poszczególne zdarzenia, etapy. Jednym z nich na pewno było podróżowanie miejscowymi środkami transportu czy też kupowanie na targu towarów (papeteria, filmy do aparatu...) po cenach lokalnych (lub zbliżonych do nich, bo jednak karnacja moja, wybitnie jasna, wyznaczała mi pewien nieprzekraczalny poziom cen). Tym etapem były także wizyty w domu u nowych znajomych czy otrzymywanie większej ilości podań podczas czwartkowych meczów (mój pierwszy mecz zakończył się po pięciu minutach - kilka startów do piłki i oddech przestał dostarczać tlenu do komórek, ledwo doczłapałem się do łóżka i poległem na pół godziny wypijając chyba ze dwa litry wody z sokiem; jak widać - przeżyłem; jak? - nie mam zielonego pojęcia, po tym doświadczenia pustka).

     Jak jeść coś, co widelca się nie trzyma? Co "aromat" niepojęty ma? Co raczej na odpady zakrawa niż na posiłek? A jednak. Choć nie od razu. Sauce filante - uciekający sos, dosłownie. Glutowata konsystencja doprawiona ostrymi przyprawami - niebo w gębie (niebo, do którego dorąsnąć mi trzeba było, bo z początku piekło raczej)!!! Jak do kraba się dobrać, jak jeść go by smakowało? Teraz już wiem. A wtedy odkrywcą tego, co dawno odkryte, się czułem. Pierwsze gafy, ale i pierwsze oznaki szacunku dla zwyczajów miejscowych. Woda. Bo wody się nie odmawia - i przybyszowi, i przybyszem będąc. Tchoukoutou - sfermentowany napój z prosa. Już prawie jednym z nich jestem. Prawie - bo nigdy, przenigdy nie do końca...

11:20, jwojciechowski
Link Dodaj komentarz »
PRAWIE POŚRÓD

Na poznawaniu nowego - tego wokół i tego we mnie - mijał sobie czas.

     Zwyczaje niezwykłe, kolory nieziemskie, języki nieznane (bo tych mnóstwo - w samym Cotonou co najmniej pięć miejscowych i dwa - francuski i angielski - obce).

     Kolor mojej skóry wykluczał jakąkolwiek „incognitość”, przechadzając się ulicami Cotonou, z daleka byłem rozpoznawany. Kolor mojej skóry, bywało, sprawiał, że czułem się nieswojo,wyrzuty sumienia za bliżej nieokreślone winy miewałem (jak to, przecież ja – Polak – nic złego nie zrobiłem! Mój kraj nic wspólnego z całym tym kolonializmem, niewolnictwem, upodleniem drugiego człowieka nie miał!). Ale byłem biały. Ale porozumiewałem się z ludźmi po francusku przecież, w języku - dla wielu z nich – dawnych a i może nawet aktualnych – zapewne dla paru - oprawców. Poznałem zatem kilka podstawowych zwrotów w miejscowym języku Fon – bez zagłebiania się jednak w zasady, gramatykę. Wystarczyło mi na początek zrozumienie, czym jest język tonalny, by dać sobie spokój z gruntowną nauką. Zresztą – myślałem – i tak przyjdzie mi kiedyś nieeuropejskiego języka się nauczyć. Tak się złożyło, że do dziś mi nie przyszło. 

     Miło było, gdy wypowiedziawszy jakieś zdanie najprostsze, czy nawet zwrot powitalny (niezwykle rozbudowany, składający się z wielu pytań typu: jak się wyspałeś?, gdzie masz żonę?, dzieci?...itd), rozumianym bywałem, a i zdziwienie się pojawiało na twarzach współrozmówców. Bo jak to biały (całkiem biały, wzrok miejscowych ludzi jest bardzo bystry, od razu rozpoznają po zachowaniu, odcieniu opalenizny, kto kiedy do nich przyjechał, turysta to, czy może ktoś kto tu już od jakiegoś czasu), a mówi do nich (ba! targować się próbuje:

„ - Ile chcesz za tę kasetę? – pytam po francusku.

- 1200 – spodziewana odpowiedź pada, cena dwukrotnie wyższa od obowiązującej.

- Nabi? – w bliższym mu języku się dziwię.

- O, ty miejscowy, pewnie że 600, dobrze o tym wiesz.”), wysiłku minimum włożył by im, ich kulturze odrobinę szacunku okazać, uznać ich za chociaż trochę godnych uwagi... 

      Dało się wyczuć pewne uznanie dla mojego wysiłku. Bo poczucie wartości tamtejszych ludzi (większości) jest bardzo niskie - bo to biali wiodą prym w światowym rozwoju, bo najwięksi odkrywcy, naukowcy to biali. Czarni są niczym, nic nie umieją, nic im się nie udaje i nie uda, a nawet czarni nie mają takiego mózgu jak biali... I na nic wysiłki, że nieprawda, że to nie tak (nie? to dlaczego ty jesteś biały a my czarni - czyli gorsi; dlaczego Bóg nas takimi stworzył?). Czasem bywało, że miałem tego dość, chciałem uciec, zamknąć się przed nimi, nie słuchać ich - bo w ich słowach przejawiał się głównie żal na niesprawiedliwość tego świata, żal bez cienia nadziei, żal na rasizm Boga nawet... Czasem ruszałem w miasto by wytłumaczyć wszystko wszystkim raz i na zawsze już. Tyle że wracałem nieco bardziej przybity...

     Razu pewnego mój podopieczny (w wieku 12-15 lat może) jakby nigdy nic stwierdza: "Wy, biali, nie uderzacie piłki głową."

- Dlaczego - pytam go.

- Bo macie taką delikatną, białą skórę...

- I?

- I przecież twarda piłka rozcina taką skórę.

- Czyli że ja nie główkuję?

- Nie.

Podszedłem do niego, nachyliłem się i, nie za mocno, ale tak by to poczuł, pociągnąłem mu z główki. Zaskoczenie było wielkie u wszystkich, którzy to widzieli, lecz od tego czasu - przez następnych  pięć czy sześć miesięcy, jakie wśród nich przeżyłem, ani razu nie rozmawialiśmy o różnicach antropologicznych między białym a czarnym. Między LUDŹMI.

11:20, jwojciechowski
Link Dodaj komentarz »
YOVO

YOVO - czyli ja - biały. Słowo, które było ze mną od samego początku, które przygarnąłęm z początku jako przyjazne, które słyszane bez przerwy i wszędzie zohydniało w uszach po kilku tygodniach  i które wreszcie wrosło się we mnie na stałe.

     Bo YOVO - to i kolor, i człowiek. Bo YOVO to najpierw kolor. Bo YOVO to zanim człowiek, to wieki całe nieszczęść, poniżeń, pogardy... I różnie do tego podchodziłem: sympatycznie, z głupawym uśmiechem typu nie-wiem-jak-zareagować, walcząc, drążąc, dociekając, tłumacząc, by zaakceptować w końcu.

     Były i tłumaczenia, i nerwy, i wyzwiska, i śmiech...

- „Bonjour Yovo – na skrzyżowaniu mototaksówkarz mnie zaczepił.[Taksówki motorowerowe – zemidjan – to najpopularniejszy środek lokomocji w Cotonou].

- Nie mam na imię Yovo [ma yo lo mi do yovo]– odpowiadam spokojnie.

- Nie? A jak? – zanosił się śmiechem, lecz widać było na twarzy ogromne zdziwienie.

- A ty, masz na imię Mewi? [Czarny].

- No nie. Tu as raison. [Masz rację]”.

 

- „Yovo, Yovo, ça va? – robotnicy kopiący w skwarze rów skorzystali z nadarzającej się okazji do chwilowej rozrywki.

- Słuchajcie, chodzę sobie po mieście, a jestem tu od niedawna, i co rusz słyszę to magiczne słowo „yovo”. Co to znaczy?

- Yovo to kolor, kolor skóry – pokazują na swoje ręce.

- Acha, moja skóra to yovo, tak?

- Tak – zgodnym chórem padła odpowiedź.

- A to może wasza jest mewi...? – zawiesiłem głos. Konsternacja chwilowa. Uśmiecham się i wszyscy wybuchamy głośnym śmiechem.”

     Zewnętrzność człowieka jest czynnikiem decydującym przy pierwszym kontakcie. Ile czasu upłynąć musi, ile tygodni minąć na rozmowach, spotkaniach, spacerach, by chociażby taki kolor skóry przestał być zauważalny...? Wszelkie podręczniki dla handlowców piszą o pierwszym wrażeniu, o pierwszych pięciu sekundach spotkania z drugą osobą. Jak zniwelować skutki pierwszego wrażenia w takim Cotonou? Wiedząc, że w momencie znalezienia się w polu widzenia drugiego człowieka – i niezależnie od tego, czy jest on profesorem uniwersytetu czy ulicznym żebrakiem – dostaję imię jedno jedynie możliwe: YOVO, mogę bez zbędnych irytacji pokierować tak rozmową, by on nie był Mewi a ja Yovo, by spotkanie nasze było spotkaniem dwóch ludzi, a nie dwóch kolorów. Jak już napisałem, wśród moich podopiecznych tego typu zmartwień nie miałem (bywało, że stawali w mojej obronie tłumnie przeciwko „yovo” padającego z ust nowych, odwiedzających, przechodniów...), a to pośród nich spędzałem większość mojego czasu.

     I tak Yovo dla mnie było jak Murzyn dla innych w Polsce.

11:19, jwojciechowski
Link Dodaj komentarz »
(PO)BYTU KRES
Gdy Słońce się w oka mgnieniu chowa za horyzontem, gdy noc znienacka zaczernia treść listu od najbliższych, gdy demony krwiożercze (u nas komarami zwanymi) budzą się do życia po upalnym dniu, gdy odgłosy miasta lub sawanny przenikają człowieka nieobeznanego z nimi na wskroś, gdy przybysz zakochuje się w tym wszystkim, co go otacza od x miesięcy już – nadchodzi taki czas, że trzeba rzec „au revoir”, do widzenia bez bliższego określenia ponownego spotkania.

     Kilka miesięcy temu temu o krok byłem od powrotu do Afryki – o mały włos zostałbym wybrany szczęśliwcem spośród innych. Ślepy los wybrał kogoś innego – i to nie ja wyjechałem do Kenii.

     Pół roku temu temu moja noga znów stanęła na Czarnym Lądzie – lecz z geograficznego jedynie punktu widzenia – bo to Tunezja... Jaki to Czarny Ląd? (Ale i tak było cudnie....).

     Samolot już czeka. Upałami Benin nas żegna. Pora deszczowa raczkować zaczyna (a to w nocy spadnie deszcz, że rankiem w jadalni stopy w wodzie i żaba przygnieciona stopą czmychnie co rusz spod nóg..., a to ulice zaleje, że wody po osie kół....) a wilgoć królować... to tu, to tam (i w oczach)...

     Jak na „kuzynów” papieża przystało, odprawa z celnikami na lotnisku odbyła się bez najmniejszych problemów („Polacy?! Pozdrówcie Jean-Paul Deux!!!”). Dzięki temu największa w hostorii tego małego kraju próba przemytu pięciu kilogramów drzewa hebanowego (znajomy mój dobry lubi sobie czasem coś wystrugać) zakończyła się powodzeniem... Dzięki zaś hebanowi mój bagaż powrotny ważył aż jedenaście kilogramów... A dzięki temu wszystkiemu znajomy cały w skowronkach był (a dziś chce jeszcze...).

     Ostatnie spojrzenie na miasto. Fotel. Pasy. Start. I tyle mnie tam było...

    

     W ten sposób gwałtownie, niehumanitarnie, bezobcesowo nastąpił mego tam bytu kres. Pobytu kres. Po bytu kres...

 

(Oj, tam – zapewne wiele razy jeszcze mentalnie czy też papierowo wracał tam będę – jeśli mi tylko czau (czyt. chęci) na pisanie starczy... )

11:18, jwojciechowski
Link Dodaj komentarz »
Archiwum